Nie możesz się odnaleźć?: Interaktywna Mapa Mościc    
   
Rozmiar tekstu
Zaloguj się
Wspomnienia

Wspomnienia

- wspomnienia, ach wspomnienia -


piątek, 09 września 2011 12:44

Ksiądz Prałat Jan Rec

Dzisiaj - 9 września 2011 roku, mija 17 lat od śmierci Księdza Prałata Jana Reca. Parafianie z Mościc i nie tylko, doskonale pamiętają jego dobroć i troskę o wszystkich, szczególnie tych najbiedniejszych. W archiwum Currendy Diecezji Tarnowskiej, odnaleźliśmy niesamowite wspomnienie Ks. Karola Dziubaczki o osobie księdza Reca, pozwalamy sobie poniżej je zacytować. Do artykułu dołączyliśmy także kilka zdjęć.

Ks. Karol Dziubaczka "Gorliwość o dom Twój pożera mnie" (Ps 69, 10)

Dochodziła godz. 13:50 w piątek 9 września 1994 roku, na plebanii w Pasierbcu ksiądz proboszcz Józef Waśniowski, ksiądz kanonik Mieczysław Tokarczyk, Joanna i Salomea - siostry księdza Jana Reca, Siostry zakonne pracujące w Pasierbcu oraz wszyscy pracownicy plebanii odmawiali kolejny raz "Zdrowaś Maryjo". Modlili się tak od godz. 5:00 rano przy umierającym. W pewnym momencie Ksiądz Jan Rec otworzył oczy, odetchnął głęboko i zamknął oczy na zawsze. Obecni jeszcze raz wezwali Matkę Najświętszą: "módl się za nami ... w godzinę śmierci naszej".



Zdjęcia (od lewej):
(1),(2) - grób Ks. Jana Reca w Siedliskach Bobowskich (fot. KGGucwa);
(3) - ulica Ks. Jana Reca w Mościcach (fot. KGGucwa);
(4) - epitafium w mościckiej świątyni. (fot. http://strony.tarman.pl/~andmel/epitaftar/moscice.htm)

Uroczystości pogrzebowe rozpoczęły się w niedzielę 11 września o godz. 16:00 wprowadzeniem ciała zmarłego kapłana do Pasierbieckiego Sanktuarium. Uroczystościom przewodniczył Ksiądz Biskup Ordynariusz Józef Życiński w asyście ponad stu księży. Mszy św. żałobnej w pasierbieckim kościele w poniedziałek o godz. 10:00 przewodniczył kolega kursowy zmarłego, Ksiądz Bp Józef Gucwa. Koncelebrowało 130 kapłanów. Msza św. pogrzebowa została odprawiona w starym kościele św. Mikołaja w rodzinnej parafii zmarłego, w Siedliskach Bobowskich. Koncelebrze przewodniczył Ksiądz Biskup Ordynariusz w asyście Księdza Biskupa Seniora, Piotra Bednarczyka oraz Księży Biskupów Pomocniczych, Józefa Gucwy i Jana Styrny. Kapłani koncelebrujący nie zmieścili się w małym kościele i wielu musiało stać na zewnątrz przed wielkimi drzwiami. Kim był zmarły kapłan, w którego pogrzebie wzięło udział czterech Biskupów, setki kapłanów i rzesze wiernych tak w Pasierbcu jak i w Siedliskach Bobowskich?

Na klepsydrze czytamy: "Ś.P. Ksiądz Jan Rec, Prałat Honorowy Ojca Świętego, Ojciec Duchowny Alumnów Seminarium Duchownego, Proboszcz i Dziekan w Tarnowie-Mościcach, Diecezjalny Dyrektor Unii Apostolskiej Kleru, Kapłan niezwykłej wiary i żarliwości apostostolskiej, Opiekun ubogich i chorych".

Co kryje się za tymi słowami?

Ksiądz Jan Rec urodził się 11 października 1919 roku jako syn Benedykta i Katarzyny zd. Gucwa. Był czwartym dzieckiem Benedykta. Troje dzieci miał Benedykt z pierwszą żoną, która zmarła. Jan był najstarszym z sześciorga dzieci Benedykta i jego drugiej żony Katarzyny. Najmłodszy z tej szóstki Franciszek zmarł mając sześć lat. Pozostali żyją po dzień dzisiejszy. Rodzina Reców utrzymywała się z sześciohektarowego gospodarstwa, co jak na tamte czasy i warunki było dobrą podstawą do życia rodziny. Jan od lat najmłodszych odznaczał się pobożnością, dobrocią i pracowitością. Do Szkoły Podstawowej uczęszczał najpierw w Siedliskach a ostatni rok w Bobowej. Z tego okresu jego siostra Joanna wspomina, że był bardzo grzeczny, pomagał kolegom w odrabianiu lekcji, a w domu wszystkich zachęcał do wieczornej modlitwy. Słysząc głos powołania, wstąpił do Małego Seminarium Duchownego w Tarnowie. Wybuch II wojny światowej przerwał naukę. Młody Jan, aby ratować się przed wywiezieniem na roboty do Niemiec, podjął pracę w gminie w Bobowej. Jeszcze dziś starsi ludzie wspominają, jakim był uprzejmym urzędnikiem. W dzień pracował w gminie, a nocami, na strychu, przy blasku świecy, uczył się i przygotowywał do matury, którą zdał na kompletach tajnego nauczania w Gorlicach. Jesienią 1944 roku wstąpił do Seminarium Duchownego w Tarnowie.

Okres powojenny jest z wielu powodów bardzo trudny, ale zarazem pełen entuzjazmu. Młodzi po przeżyciu wojny w przyśpieszonym tempie przygotowują się do święceń kapłańskich. Jan Rec wraz z kolegami przyjmuje święcenia kapłańskie z rąk Biskupa Tarnowskiego Jana Stepy 20 czerwca 1948 r. Już 24 czerwca otrzymuje nominację na wikariusza w Krościenku. Ksiądz Bronisław Krzan, proboszcz z Krościenka, napisał o nim: "jest z natury usposobienia delikatnego i wrażliwego, w obejściu grzeczny i miły. Posiada wrodzoną inteligencję ... Nauki religii w szkole pilnuje bardzo. Dziatwa szkolna lgnie do swego katechety ... Mogę stwierdzić z przyjemnością, że diecezja ma w nim bardzo wartościowego pracownika." Ksiądz proboszcz bardzo dyplomatycznie dodał w opinii, że dla wzmocnienia jego zdrowia, które jest bardzo wątłe, wymagany byłby dłuższy pobyt w górskiej okolicy. Wobec czego władza diecezjalna z dniem 30 grudnia 1949 roku przeniosła młodego księdza w górską okolicę, tzn. do Grybowa. Z pracy w Grybowie, trwającej do 28 sierpnia 1950 roku, nie ma żadnej opinii. W czasach, gdy ksiądz Rec był ojcem duchownym w Seminarium, pamiętam wiele opowiadanych przez Niego anegdot, mających pewnie realne podstawy, na temat ówczesnego proboszcza w Grybowie, księdza prałata Jana Solaka. Swój pobyt w Grybowie ksiądz Rec wspominał bardzo radośnie. Z Grybowa został przeniesiony na wikariat w Dąbrowie Tarnowskiej. Był tu aż do 10 lipca 1957 roku. W jego osobistych wspomnieniach Dąbrowa Tarnowska to nie tylko świat dobrych ludzi, ale również gorliwy zespół duszpasterzy. Czy wszystko było tak idealnie jak on sam niejeden raz wspominał? Może i nie. Ale Ojciec Rec nie umiał źle mówić o innych. A ksiądz proboszcz Władysław Jakubiak napisał o nim: "Jest punktualny, pobożny, gorliwy, a przy tym skromny i ma wielki wpływ na młodych chłopców, którzy skupiają się koło niego, a on kieruje ich do odpowiedniego i wzorowego zachowania się w kościele...". Ksiądz Jan Rzepka, proboszcz w Wojniczu, zwraca uwagę w pierwszej opinii: "W tym czasie zaznaczył się jako kapłan pełen gorliwości o chwałę Bożą i zbawienie dusz. Ale najpierw pamięta o sobie: dużo się modli, rozmyśla, odwiedza Najświętszy Sakrament, żyje pełen umartwienia. Ze szczególnym zamiłowaniem: zaopatruje chorych, opiekuje się ubogimi, kalekami. Do kazań przygotowuje się sumiennie, mówi z zapałem i wielką gorliwością, a przekonaniem swojem wywiera wpływ na wiernych. Kocha również dzieci i młodzież w szkole, toteż dzieci lgną do niego a młodzież przepada za nim ...". W następnej opinii ksiądz Rzepka zacytował powiedzenie jednego z parafian, "że nie jest on dyplomatą".

Ksiądz Biskup Ordynariusz w czasie kazania pogrzebowego za to mu właśnie dziękował, że nie był dyplomatą, ale kapłanem bardzo czytelnym dla każdego człowieka. Nic więc dziwnego, że takiego właśnie kapłana ówczesny Wikariusz Kapitulny Diecezji Tarowskiej, Biskup Karol Pękala, mianował ojcem duchownym alumnów Tarnowskiego Seminarium Duchownego. Na tym stanowisku ksiądz Rec pracował aż do 1969 roku, z krótką przerwą w 1966 roku, kiedy to na prośbę księdza Rzepki był przez kilka miesięcy wikariuszem substytutem w Wojniczu. Co można napisać o księdzu Recu jako ojcu duchownym kleryków? Każdy widział go i odbierał inaczej. (...) Tu trzeba powiedzieć - Ojciec Rec w Seminarium: to gorliwe wołanie w kaplicy i salwy śmiechu z klerykami na korytarzu, wielka troska o piękno liturgii a jednocześnie cicha i pokorna modlitwa osobista. Ojciec duchowny to przede wszystkim wielkie serce, otwarte dla każdego, kochające każdego, zatroskane nie tylko o duchowy rozwój, ale również dostrzegające materialną biedę kleryka. Wśród wielu spraw godnych pamięci zwrócę uwagę na niektóre. To w czasie ojcowania księdza Reca nastąpił pierwszy i następne pobory kleryków do wojska. Rozrzuconych po całej Polsce z poboru w 1963 roku odwiedzał z wielkim poświęceniem. Nocami jeździł pociągiem, autobusem, okazją, byle dotrzeć do każdego, odwiedzić, pogadać, a czasem od oficera usłyszeć przykre słowo. Wszyscy "wojskowi" klerycy, dziś już księża, do końca życia pamiętać będą te ojcowskie wizyty w jednostkach wojskowych. Jako ojciec duchowny ksiądz Rec zwracał uwagę na piękno i elegancję w liturgii. Wiele razy powoływał się na przykład Proboszcza z Ars, który w biednej parafii nie żałował pieniędzy na bogate paramenty liturgiczne. Troskę o godność i dostojeństwo służby Bożej traktował jako wyraz wiary i wewnętrznego urobienia. Gdy zbliżał się czas opuszczenia Seminarium i pójścia na parafię, często cytował słowa jednego ze świętych: "To nie ty otrzymujesz parafię, ale parafia otrzymuje kapłana". To jedno zdanie może wystarczyć na całe życie.

Gdy ksiądz prałat Stanisław Indyk zrezygnował z funkcji proboszcza w Mościcach, dnia 14 sierpnia 1969 roku ksiądz Jan Rec został zamianowany najpierw wikariuszem adiutorem, następnie administratorem i wreszcie proboszczem parafii w Mościcach, zwanych wtedy Tarnowem Zachodnim lub Tarnowem-Świerczkowem. Okres pobytu w Mościcach to czas praktycznej realizacji tego, co mówił przez lata klerykom jako ojciec duchowny. Najpierw trzeba podkreślić prawdziwy szacunek i synowskie oddanie dla swego poprzednika, księdza prałata Indyka. Ksiądz Indyk nieraz mawiał, że gdyby wiedział jak dobrze jest na emeryturze, to zostałby emerytem zaraz po święceniach. Księża dodawali: gdyby wiedział, że jako proboszcza będzie miał księdza Reca. Dobroć księdza Jana jako proboszcza poznali nie tylko księża wikariusze, ale i księża kondekanalni. Doznawali tej dobroci wszyscy parafianie a szczególnie biedni i chorzy. Ksiądz Prałat miał czas i siłę, by każdego chorego parafianina odwiedzić w szpitalu czy w domu. Nie zapominał w trudnych czasach o ludziach biednych. Jako kapelan więzienia troszczył się o tych, którzy nie tylko byli pozbawieni wolności, ale znajdowali się w nędzy duchowej. Ksiądz Prałat zawsze wielką troską otaczał dzieci i młodzież, toteż będąc proboszczem, uczył religii w pięknym, wybudowanym dla celów katechetycznych, budynku. Przedmiotem jego szczególnego zainteresowania i opieki była młodzież studiująca. Troska o człowieka to czekanie na grzesznika w konfesjonale i praca kaznodziejska na ambonie. Tak jedną jak i drugą traktował bardzo poważnie, poświęcając im również wszystkie wolne chwile. Ksiądz Jan wiele zdrowia i sił poświęcił urządzeniu wnętrza kościoła parafialnego w Mościcach. To jego dziełem jest wystrój wnętrza, urządzenie zakrystii i piękne organy. Cieszył się każdym nowym i pięknym szczegółem w kościele. Będąc w Mościcach jakże często odwiedzał w Łęgu Tarnowskim chorego ks. Szczepana Słowika, a gdy powstał w pobliżu Dom Księży Emerytów, on tak zajęty, zawsze znajdował czas na odwiedzenie mieszkających tam księży. Gdy poczuł, że siły go opuszczają, mając 72 lata złożył rezygnację z funkcji proboszcza w Mościcach i dziekana dekanatu Tarnów-Zachód. Jako miejsce pobytu na czas emerytury wybrał Pasierbiec - znane Maryjne sanktuarium. Tu do ostatnich dni służył modlitwą, słowem, posługą w konfesjonale a wreszcie długo i cierpliwie znoszonym cierpieniem.

Nie jest możliwe na kilku stronach zamknąć jakże bogate życie śp. księdza Jana Reca. Co można powiedzieć na zakończenie? Był ceniony przez swoich przełożonych. Przytoczone wcześniej opinie proboszczów są pierwszym tego dowodem. Powierzenie mu tak odpowiedzialnych stanowisk, jak ojca duchownego alumnów Seminarium Duchownego, proboszcza parafii w Mościcach, dziekana dekanatu Tarnów- Zachód czy diecezjalnego dyrektora Unii Apostolskiej Kleru, również to potwierdzają. Wreszcie odznaczenia kościelne dają pełny obraz tego jak zmieniający się kościelni przełożeni niezmiennie cenili księdza Jana. E.c. otrzymał 15.XII.1959 r., RM został odznaczony 18.I.1966 r., Kapelanem Ojca św. zamianowany 12.IV.1969 r., do godności Prałata Honorowego Jego Świątobliwości podniesiony 1.VIII.1991 r. Dowodem zaufania ze strony obecnego Biskupa Ordynariusza było nie tylko ostatnie papieskie odznaczenie, ale przede wszystkim powierzenie Księdzu Prałatowi funkcji Przewodniczącego Komisji ds. Personalnych.

Przez wiernych był kochany. To jedno słowo mówi wszystko. Gdy patrzę na życie i wspominam o śp. księdzu Janie Recu, to wtedy na myśl przychodzą mi słowa psalmu: "Gorliwość o dom Twój pożera mnie". Domem Bożym jest najpierw i najpełniej ludzkie serce, ludzkie sumienie. Zmarły kapłan troszczył się bardzo o to, by jego serce było oddane Bogu i Bogiem przepełnione. Jego serdeczna modlitwa, życie sakramentalne, życie w obecności Bożej, umiłowanie Najświętszego Sakramentu, gorące nabożeństwo do Matki Najświętszej są tego najlepszym dowodem. Domem Bożym ma być każda dusza ludzka powierzona kapłańskiej pieczy. Ten Boży Dom w ludzkich duszach budował bardzo gorliwie i z wielką miłością. Wreszcie troszczył się bardzo ofiarnie o ten Dom Boży, którym jest materialny budynek kościoła i jego urządzenie. Mówiąc językiem psalmisty, to nie choroba, ale gorliwość o wszystko, co jest Domem Bożym, "pożarła" kapłańskie życie śp. księdza Jana Reca.

W swojej rzeczywistości historycznej oraz w swojej tajemnicy teologicznej Kościół wyłania się z Bożego ludu Starego Przymierza. Chociaż określa siebie nazwą qahal (= zgromadzenie), to jednak z Nowego Testamentu jasno wynika, że jest Bożym ludem w nowy sposób ukonstytuowanym za sprawą Chrystusa i w mocy Ducha Świętego. Św. Paweł pisze w Drugim Liście do Koryntian: "Jesteśmy świątynią Boga żywego - według tego, co mówi Bóg: 'Zamieszkam z nimi i będę chodził wśród nich, i będą ich Bogiem, a oni będą moim ludem'" (2Kor 6, 16). Lud Boży zostaje ukonstytuowany w nowy sposób, ponieważ stanowią go wszyscy wierzący w Chrystusa bez "żadnej różnicy" między Żydami a nie-Żydami (por. Dz 15, 9). Mówi o tym jasno w Dziejach Apostolskich św. Piotr, opowiadając "jak Bóg raczył wybrać sobie lud spośród pogan" (Dz 15, 14). Zaś św. Jakub stwierdza, że "zgadzają się z tym słowa Proroków" (Dz 15, 15). Tę perspektywę potwierdza św. Paweł, który podczas swego pierwszego pobytu w pogańskim Koryncie usłyszał następujące słowa Chrystusa: "Przestań się lękać, a przemawiaj (...), dlatego że wiele ludu mam w tym mieście" (Dz 18, 9-10). Wreszcie Apokalipsa stwierdza: "Oto przybytek Boga z ludźmi: i zamieszka wraz z nimi i będą oni Jego ludem, a On będzie 'BOGIEM Z NIMI'" (Ap 21, 3). Poprzez to wszystko przebija się towarzysząca Kościołowi od samego początku świadomość ciągłości, a zarazem nowości własnej rzeczywistości jako ludu Bożego.

(Jan Paweł II, Katechezy o Kościele, 6 listopada 1991, nr 2)

Żródła: http://www.currenda.diecezja.tarnow.pl/archiwum/4-94/z-3.htm

Dziubaczka K., Gorliwość o dom Twój pożera mnie Bez reszty. Wspomnienia o śp. ks. Janie Recu (A. Dorżdż, Tarnów 1995)

Dokonało się wielkie dzieło państwowe. Na obszarze, który jeszcze dwa lata temu przedstawił szmat pola, pokrytego jednostajnie śnieżną powłoką dziś pracuje olbrzymi kompleks budynków i instalacji fabrycznych, spiętrzonych i skomplikowanych, przecięty ulicami, siecią przewodów elektrycznych, parowych, wodnych, gazowych, kanalizacyjnych, wypełniony twórczą pracą ludzi i maszyn, gromadzący w potężnych ilościach najbardziej wartościowe produkty azotowe, podstawę życia roślin i rolnictwa, stworzoną z dwóch najmniej znaczących surowców dostępnych w najbardziej nieograniczonych ilościach na ziemi: wody i powietrza.

Jest to Państwowa Fabryka Związków Azotowych w Mościcach pod Tarnowem. Pierwsza myśl budowy tej fabryki rzucona została dość dawno, bo jeszcze w latach 1923 – 24. Inicjatorem jej był ówczesny dyrektor fabryk chorzowskich na Śląsku, twórca nowych metod syntezy związków azotowych i to jeden z pierwszych realizatorów tej idei na świecie, obecny Pan Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, Prof. Ignacy Mościcki. A gdy dziś patrzymy wstecz, to naprawdę idea budowy tej olbrzymiej i pięknej fabryki zrodziła się w momencie niezwykłym. Był to, bowiem okres, w którym sama fabryka chorzowska nie tylko walczyła jeszcze z niezwykle wielkimi trudnościami, ale również nijako w spuściźnie po byłem administracji niemieckiej, otrzymała pesymistyczne nastawienie się na przyszłość. Rynek zbytu dla produktów azotowych był mały, a pozostawiona w aktach opinia zarządu niemieckiego stwierdzała, że na wypadek przejęcia śląska przez państwo polskiego większość produkcji przez cale dziesięciolecia musi się wywozić za granicę, głównie do Niemiec. Tymczasem rynek niemiecki dla eksportu produktów chorzowskich już w roku 1922 zostal zamknięty. Inne zagraniczne fabryki azotowe pracowały bądź to na silach wodnych, bądź też w oparciu o olbrzymie centrale zbudowane dla utylizacji wielkich pokładów taniego węgla brunatnego. Posiadały tez lepsze jakościowo surowce dla fabrykacji azotniaku. Wreszcie największe zakłady azotowe szczególnie w Niemczech powstawały przy wydatnym poparciu kapitałów państwowych, eksploatowane były przez największe grupy kapitalistyczne rozporządzające nie tylko bardzo zróżniczkowaną produkcją, ale również miliardowymi sumami. W tych warunkach rząd polski w obawie olbrzymich deficytów zakładów chorzowskich, w latach 1922 – 24 przejawiał tendencję pozbycia się w jakikolwiek sposób przez sprzedaż lub dzierżawę tego olbrzymiego kompleksu wytwórni chemicznych. Natomiast Pan prof. Mościcki uważał nie tylko za konieczne utrzymanie Chorzowa w ręku państwa i dalszą jego rozbudowę, ale ponad to wciąż powtarzał myśl o konieczności budowy nowej, wielkiej i nowoczesnej fabryki azotowej w innym ośrodku przemysłowym i to – o ile możliwe – przez samo państwo. Polska, bowiem – w myśl jego przeświadczenia – za równo ze względu na interesy samego rolnictwa, zatrudniającego w wzwyż 60% ludności jak niemniej na olbrzymi przyrost ludnościowy oraz ograniczone możliwości emigracyjne jak również na nieodzowne uprzemysłowienie mogące się rozwijać tylko przy rozwoju konsumpcji ludności rolniczej, musi dążyć do gospodarki intensywnej. Nie wolno nam dopuścić do wytworzenia takich warunków, w których wysoki poziom rolnictwa w Polsce zachodniej począłby się cofać, ale przeciwnie powinniśmy stopniowo zbliżać stan rolnictwa w Polsce centralnej i wschodniej do poziomu rolnictwa zachodnio – polskiego. Jednym z istotnych warunków realizacji tego postulatu jest zaopatrzenie rolnictwa polskiego w produkty azotowe, dostarczone w niskich cenach i na dogodnych warunkach kredytowych. Ponieważ zaś syntetyczny przemysł azotowy powstał w całym świcie prawie nagle, w okresie kilkunastu lat i natychmiast rozbudował się w skali najwyższej, przeto już wówczas było rzeczą jasną dla fachowców, iż trwale warunki egzystencji mogą posiadać tylko zakłady wielkie, posługując się współczesnymi metodami, a więc wymagające wielkich inwestycji i nakładów pieniężnych, uskutecznionych w możliwie najkrótszym terminie.

Polska ani takich kapitałów prywatnych na ten cel zdobyć nie mogła ani tez nie mogła domagać się od nich by nigdy ceny produktów azotowych, wytworzonych w Polsce, nie przekraczały cen tych samych produktów w innych państwach., Choćby nawet one, jak np. Niemcy, posiadały znacznie korzystniejsze i dogodniejsze warunki wytwórczości.

Wszystkie powyższe założenia sprawdziły się ściśle w ciągu ubiegłych lat.. Rozwój konsumpcji związków azotowych w Polsce rozwinął się silniej, aniżeli w najśmielszych marzeniach można było przypuszczać. Tak, więc Chorzów, który w latach 1922 / 23 produkował w stosunku rocznym około 40 000 ton związków azotowych, z czego około 30% musiał wywozić za granicę dla braku zbytu w kraju w roku 1929 wyprodukował już175 000 ton i całą produkcję umieścił na rynku wewnętrznym. Ponadto szereg koksowni polskich powiększyło znacznie produkcję siarczanu amonowego oraz dwie mniejsze fabryki syntetyczne na Śląsku rozpoczęły produkcję. Wszystko to jednak nie wystarczyło dla pokrycia zapotrzebowania krajowego. To też w roku 1929 ( w okresie styczeń – listopad) musieliśmy sprowadzić z zagranicy 125 000 ton nawozów azotowych, głównie saletry chilijskiej i saletry wapniowej, za które zapłaciliśmy około 55 milionów złotych, przyczym o ile 1 kg zagranicznych produktów 15% - owych kosztował przeciętnie 44 groszy loco Gdańsk. W ten sposób istniejące już obecnie realne stosunki konsupcyjne4 stwarzają warunki do egzystencji nowej fabryki w Mościcach, mogącej dostarczyć rocznie 100 000 ton produktów azotowych, zbliżających się jakościowo bardziej do saletry chilijskiej niż azotniak. Jest to jednak dopiero ekonomiczna strona zagadnienia. Mniej widoczną zewnętrznie jest tu wartość pracy twórczej człowieka zamknięta w gigantycznym dziele murów i maszyn. Nigdy w przeszłości ani w teraźniejszości nie było postawione w Polsce przed grupą ludzi zadanie tak trudne, tak skomplikowane, tak nowe, tak wielkie, do zrealizowania w tak krótkim okresie czasu. Zarówno technika tej produkcji jak i metoda i aparatura nie posiadają analogii ani w fabryce chorzowskiej ani nawet – w odniesieniu do szeregu konstrukcji i metod – w jakiejkolwiek innej fabryce azotowej na świecie. Cześć urządzeń nie tylko musiała być oryginalnie konstruowana i tworzona, ale zarazem musiała być włączona w organiczną całość z innymi działami fabrykacji, bądź to opierającymi się o obce patenty, bądź też dostarczonymi przez wytwórnie zagraniczne. Cala praca twórcza zaś dokonana została przez siły polskie. Główny jej twórca i organizator, chemik, pierwszy naczelny dyrektor, śp. Dr Tadeusz Zwisłocki położył w tym niewymiernym wprost wysiłku swoje zdrowie i swoje młode tak świetnie zapowiadające się życie! Zmobilizowany przez niego zaspo inżynierski i robotniczy uległ tu jakiemuś niezrozumiałemu fanatyzmowi pracy. Przez dwa lata dla kilkudziesięciu ludzi kierujących budową poczynał się i kończył tu, na tych hektarach szarego pustkowia. Pod ich fanatyzmem i dumą budowania nowego odcinka nowej lepszej Polski wyrastały w niesłychanym tempie olbrzymie budowle, kłębowiska maszyn, rur, przewodów, torów kolejowych i ulic. Dziś praca ta w największym wysiłku ludzkim przecięła swoją metę. Cała fabryka od kilku tygodni znajduje się ruchu, w produkcji, choć właśnie w ostatnich miesiącach trudności wyłaniały się ze wszystkich stron, na każdym prawie kroku.

Ale zwycięstwo pierwsze, zwycięstwo świadomej, celowej i programowej pracy jest osiągnięte. Istnieje jasna i pełna świadomość, że w pierwszych latach pracy tej nowej wielkiej fabryki – powstawać będą jeszcze liczne trudności, opory i przeszkody. Musi ona przejść przez ogień życia, tak jak przechodził swego czasu i Chorzów i Gdynia i tyle prac twórczych odrodzonej Polski. Gdy jednak w największych nawet trudnościach decyduje zespół sil ludzkich, to fabryka w Mościcach posiada i w tej dziedzinie istniejący już, sprawdzony i skontrolowany, wielki kapitał zakładowy. Myśl Pana prof. dr. Mościckiego jest zrealizowana. Teraz stała się ona własnością realną całej Polski. I dla niej pracował będzie nadal.

Warszawa, 2 stycznia 1930 roku

Źródło: E. Łączyńska – Widz, D. Radziszewski, Tarnów. 1000 lat nowoczesności. Warszawa – Tarnów 2010, s. 9 – 21.

poniedziałek, 16 maja 2011 11:36

Anna Szepielak o Mościcach

Mościce to beztroska kraina mojego dzieciństwa. Zawsze kojarzą mi się z zielnią drzew i słońcem (jakoś nie pamiętam żadnej zimy :) ), zapachem obiadu, który gotowała Mama lub Babcia i z gołębiem przylatującym na nasz balkon.

W Mościcach wciąż mieszka moja rodzina, a na cmentarzu pochowani są moi Dziadkowie. Gdy tu przyjeżdżam, czuję się jak dziecko patrzące na szczęśliwie odnalezionego ulubionego misia. Wracają wtedy dziwne strzępki wspomnień - okropnie hałaśliwy żużel, na który zabrał mnie Ojciec ( z czego byłam bardzo dumna ), spacer po parku z Babcią, oglądanie książek w starej księgarni, jakiś bal dla dzieci w Domu Kultury i zimna woda w basenie, w którym szaleliśmy z moim młodszym bratem.

Z sentymentem patrzę na to, jak zmieniły się te miejsca w ciągu trzydziestu lat. Rozwój to rzecz potrzebna i nieunikniona, a jednak ze wzruszeniem myślę o tym, że tamtych, niezmiennie zielonych i słonecznych Mościc, nikt w moim sercu nie zmieni - tam zawsze będą moi uśmiechnięci, młodzi Rodzice, Babcia i wszyscy, których kocham.

Anna Szepielak - małopolanka; z zawodu nauczycielka, z zamiłowania literatka i nienasycona, choć kapryśna czytelniczka. Ukończyła filologię polską na WSP w Krakowie, choć marzyła, by studiować w Wyższej Szkole Teatralnej. Nie zdała jednak egzaminów wstępnych, dzięki czemu łączy teraz przyjemne z pożytecznym, zasiewając ziarno literatury pięknej na „ugorach młodych umysłów”.

Prywatnie - jest introwertyczką i domatorką, otwartą jednak na ludzi; po prostu zwykłą kobietą „z zaścianka”, która nie przepada za hałasem wielkiego świata. Na co dzień lubi czytać literaturę, przy której ”dusza się śmieje”, a za literacką mentorkę uważa Elizę Orzeszkową. „Zamówienie z Francji” to jej debiut powieściowy. Wcześniej publikowała jedynie teksty i poradniki z zakresu oświaty oraz opowiadanie w internetowym czasopiśmie Szafa. Prowadzi internetowy blog literacki Zaściankowe pisanie 2 → www.annajszepielak.blogspot.com

 

- Czym jest dla Pani dzisiejszy dzień oprócz wielkich wzruszeń?

Dzisiejszy dzień oprócz wielkich wzruszeń jest jakby kolejnym potwierdzeniem, że warto być porządnym i uczciwym człowiekiem i że tę pracę, którą wykonujemy a za którą jesteśmy różnie wynagradzani, czasami bardzo kiepsko – tak jak mój tato – że w tej pracy jest sens. To jest sens jakby budowania człowieka i budowania wartości – to brzmi bardzo pompatycznie, ale prawda jest taka, że ojciec w to wierzył. Sądził, że jest potrzebny – bycie potrzebnym dla drugiego. Myślę, że tym jest ta uroczystość. Jest tego potwierdzeniem.

- Jaki był Pani tato na co dzień?

Myślę, że tato był wymagający. Jeszcze do tej pory został mi ten syndrom, że chcę mu dorównać. Chciałabym bardzo być podobną do niego. Dla mnie był w ogóle wzorem - zabrzmi to znowu bardzo podniośle – był wzorem patrioty. To jest trudne w ogóle do uwierzenia. Do tej pory pamiętam, że na ostanie imieniny które przypadały 19 marca - raptem było to więc kilkanaście dni przed jego śmiercią zastanawiałam się, jaki prezent może sprawić mu największa przyjemność i proszę sobie wyobrazić, że w jakiejś galerii krakowskiej znalazłam taki bardzo mały wizerunek orła w koronie na dość tandetnym materiale wykonanym. On się wzruszył do łez. To był prezent wart 5 zł! To był najcenniejszy prezent jaki otrzymał. Ja znalazłam to jakimś cudem. Wygrzebałam gdzieś tam w Krakowie. Przywiązywał wagę także do przedmiotów, które coś znaczą, które są po prostu symbolami. To był właśnie patriotyzm, ojciec uczył nas patriotyzmu. To, że dzisiaj są tutaj moi synowie to jest między innymi skutek tego, że ojciec umiał wychowywać i to bardzo ciekawie, bardzo barwienie. Nie tylko poprzez przykład, historie własne, ale ojciec wychowywał również opowiadając i to jak opowiadając tę historię. Ja np. nigdy nie miałam problemów ze zrozumieniem tego co stało się w Katyniu. Ja byłam już ukształtowana. Ja nie miałam żadnego problemu bo ojciec mówił do mnie – wiesz ja widziałem. Ja oglądałem w Londynie kroniki filmowe. Tam zginęli moi przyjaciele. prawda?

- To jest absolutnie prawda. Bardzo ciekawe rzeczowe stanowisko miał na temat śmierci generała Władysława Sikorskiego. Dzisiaj historycy po wielu dociekaniach powtarzają to, co ja już słyszałam. Ojciec uczył nas historii właśnie poprzez przykłady, poprzez własne świadectwa. Poza tym wiedziałam, jakich trudnych wyborów dokonywał w życiu. Pomyślcie jest 46 rok on ma propozycję osiedlenia się w Kanadzie lub Australii, zostało mu półtora roku do ukończenia Politechniki w Edynburgu. Wie, że Polska jest już zdominowana przez komunizm, ale wie, że tam jest żona, którą poślubił 14 sierpnia 1939 roku i sześcioletnia córka, której trzy fotografie w ciągu pięciu lat udało mu się zdobyć dzięki portugalskiemu Czerwonemu Krzyżowi. Podejmuje w jednym dniu decyzję. Wracam. Bardzo dużo zostawił i pojechał w absolutną niepewność. On mi tym po prostu zaimponował. Bardzo mi zaimponował. Ojciec był srogi, wymagający, dyscyplinował nas, był bardzo dobrym dla mnie człowiekiem mówił – Hanka uważaj bo zostaniesz nauczycielką. Powiedziałam - wiesz co nie będę tato nigdy nauczycielką. Zobaczysz. Więc kiedy zostałam tą nauczycielką nigdy mi tego nie wypomniał. Miał klasę po prostu.

- Czy dzisiaj w dobie braku autorytetu nauczyciela, Pani tato mógłby stać się autorytetem dla młodzieży?

Bezwzględnie tak, ponieważ on był bardzo bliski młodym ludziom. Tutaj mówiono o tym, że przychodzili do niego z różnymi sprawami.

- Nawet sercowymi ?

Ależ oczywiście! Od białych skarpetek poczynając, myciu rąk a skończywszy na wiązaniu krawatu. To jest sztuka gry w szachy, to jest sztuka gry w brydża, bycie z młodymi ludźmi!

- Czyli nie tylko stanie przy tablicy?

Ależ skąd. Bycie z młodymi! Ojciec cieszył się także dużym szacunkiem w gronie nauczycielskim. Miał po prostu wielu przyjaciół.

- To widać.

Tak, dzisiejsza uroczystość jest tego dowodem. Natomiast pozwoliłam sobie na taką refleksję że, życie możemy oglądać dopiero wtedy kiedy jest skończone. Właśnie z pewnego dystansu widzimy wielkość tego człowieka, który doprawdy do wszystkiego dochodził sam i zachował pogodę ducha do ostatnich chwil życia.

- Józef Urbaniak to także Mościczanin.

Tak, ze względu na to, ze rodzice przenieśli się. Najpierw mieszkali na ulicy Krakowskiej a potem przenieśli się do Mościc dlatego, że ojciec pracował w IV liceum uczył języka angielskiego i podjął również pracę w tworzącym się Technikum Chemicznym i z Mościcami był naprawdę związany. Także i z parafią z księdzem Stanisławem Indykiem, z wieloma ludźmi, z kadrą inżynieryjną.

- Czyli to wielki człowiek Mościc?

Ojciec pewnie by o sobie nie powiedział wielki, ale powiedziałby porządny. Być porządnym człowiekiem to było dla niego bardzo ważne. Taki który nie wstydzi się tego co w życiu robi.

- Pójść pod prąd?

Myślę, że czasami trzeba iść pod prąd, ale ojciec niczego złegonie wypominał. To także klasa. Nie narzekać, nie mówić jaką straszną miałem biografię. Nie, nie, jednak patrzeć do przodu i myślę, że to jest ten aspekt młodości w jego życiu.

Anna Krakowska - córka Józefa Urbaniaka. Wychowawca i nauczyciel w IV LO.Sympatyk Mościc.

Zapis wywiadu udzielonego portalowi moscice.pl z okazji odsłonięcia tablicy pamiątkowej Józefa Urbaniaka w ZST

MościceMościce to dzielnica, która zachwyca mnie pod różnymi względami. To niesamowita przestrzeń, która swoim charakterem uskrzydla.

Przeczytaj całość: (Nie)jestem z miasta! To widać, słychać i czuć...!  »

Ks. Stanisław IndykWarunki mieszkaniowe były bardzo ciężkie. Środowisko dopiero się kształtowało. Na początku ksiądz zamieszkał w przydzielonym mu przez Państwową Fabrykę Związków Azotowych mieszkaniu. Z czasem kształtująca się mościcka parafia dostała służbowe mieszkanie na ul. Jesionowej w pobliżu obecnej tutaj drewnianej kaplicy. Po latach nazwa tej ulicy zostanie zamieniona na ulicę księdza Stanisława Indyka.

Czytaj więcej: Ksiądz Stanisław Indyk – proboszcz trudnych czasów  »

Box reklamowy 1

Fizjoterapia Anna Janaś

Paweł Stefański

Polecamy

Zakochani LogoRDN - Radio Dobrze NastawioneStrona poświęcona miastu Tarnów

Radio LUMEN

Co, gdzie, kiedy?

Ostatni miesiąc Maj 2012 Następny miesiąc
N P W Ś C P S
week 18 1 2 3 4 5
week 19 6 7 8 9 10 11 12
week 20 13 14 15 16 17 18 19
week 21 20 21 22 23 24 25 26
week 22 27 28 29 30 31
Brak wydarzeń

Najaktywniejsi użytkownicy

TVMoscice

Kanał Youtube - TVMoscice

Mościcka sonda

Remonty, remonty, remonty

Okno logowania