To, co dzieje się na zewnątrz przyprawia o mdłości. Jest źle. Okropnie. Fala pięknego czystego okrytego słońcem śniegu odeszła. Rozbiła się w otchłani mlecznej mgły. Śnieg nie trzaska już pod nogami. Zmienił swój stan skupienia i teraz z bezczelnością złodzieja wkrada się do naszych butów. Mokro i wilgotno. Idziesz do samochodu. Patrzysz gdzie stoi. Nie możesz uwierzyć, że jest w środku jeziora, do którego Ty w jakiś sposób musisz dotrzeć. Docierasz. Złość ciśnie się na usta. Wybuchasz dopiero wtedy, gdy na zakręcie ktoś źle zaparkował. Nie możesz przejechać. Rozglądasz się szukając winowajcy. Szlak by to trafił nie ma nikogo. Minuty upływają. Dzwonić czy nie dzwonić na straż miejską? 986 przesuwa się w myślach. Nie dzwonisz. Idzie winowajca a raczej winowajczyni. Wyskakujesz z auta, wkurzony, zły, krzyczysz, że jest głupią blondyną. Trzaskasz drzwiami. Odjeżdżasz. Generalnie nie jest ci lepiej. Uszło powietrze, ale humor i tak zepsuty. Stoisz w korku. Od przemoczonych butów zimno ci w stopy. Pierwsze kichnięcie. Samochód jeszcze się nie nagrzał.
W końcu dojeżdżasz do pracy. Twój parking to jedno wielkie błotne jezioro. Nie ma gdzie zaparkować. Jedno słowa powtarzasz teraz chyba ze dwadzieścia razy. Na końcu dodajesz mać i uderzasz ręką w kierownicę. Po chwili widzisz małą wysepkę. Jest radość. Zadowolony parkujesz. Wychodząc topisz się w błocie, ale to nic i tak jesteś już przemoczony. Idziesz stawiając olbrzymie kroki. Nawet sprawia ci to radość. Śnieg rozbryzguje się pod butami. Co raz szybciej i mocnej stawiasz kroki. Pozostało jedyne dziesięć metrów. Nie docierasz jednak. Padasz na ziemię jakbyś dostał kulką w łeb. Leżysz rozkraczony twarzą błocie. Ręce zapadły się w breji. Próbujesz się ruszać. Nie wychodzi ci. Noga pulsuje z bólu. Ktoś nagle podnosi cię pyta jak się czujesz. Siadasz na mokrym odśnieżonym rękawicą pana Edka – ochroniarza krawężniku. Czujesz, że masz złamaną nogę. Boli cholernie. Przyjeżdża pogotowie. Nawet mili. Wiozą cię na izbę przyjęć. Już wiesz, dlaczego byli mili. Oni wiedzieli, co tu przeżyjesz. Cierpliwie czekasz godzinę. Do drugiej nie możesz już wytrzymać. Pytasz pielęgniarkę, kiedy udzielą ci pomocy. Myślałeś, że odpowie. Popatrzyła rozglądnęła się i poszła. Czekasz trzecią i czwartą. W piątej tracisz cierpliwość. Gdzie jest k. rwa ten szpital w Leśnej Górze! - wykrzykujesz poirytowany! Ludzie wokół ciebie zaczynają się śmiać. Przyznają ci rację. W końcu pielęgniarka przychodzi po ciebie. Jest ładna i to rekompensuje ci czas czekania. Zakładają ci gips. Jesteś wolny, uciekasz stąd. Brat, którego wezwałeś na ratunek wlanie napisał, że się spóźni. Czekasz kolejną godzinę. W końcu jest. Odwozi cię do domu. Prosisz jeszcze by pojechał po Twój samochód, bo jakoś nie ufasz panu Edkowi. Jesteś w domu. Dochodzi 16:00. Właśnie kończyłbyś pracę…
Mościce to dzielnica, która zachwyca mnie pod różnymi względami. To niesamowita przestrzeń, która swoim charakterem uskrzydla.
Codziennie jest jakieś
Warunki mieszkaniowe były bardzo ciężkie. Środowisko dopiero się kształtowało. Na początku ksiądz zamieszkał w przydzielonym mu przez Państwową Fabrykę Związków Azotowych mieszkaniu. Z czasem kształtująca się mościcka parafia dostała służbowe mieszkanie na ul. Jesionowej w pobliżu obecnej tutaj drewnianej kaplicy. Po latach nazwa tej ulicy zostanie zamieniona na ulicę księdza Stanisława Indyka.










